|
W języku komi „yugyd va” znaczy
„jasna woda”. Nazwa wywodzi się prawdopodobnie
od niepowtarzalnego koloru tutejszych jezior i
rzek, które zdają się świecić w blasku polarnych
białych nocy. Park Narodowy „Yugyd va” rozciąga
się na przestrzeni 1.900.000 hektarów w
rosyjskiej Republice Komi, obejmując swoim
zasięgiem obszar Subpolarnego i Polarnego Uralu
oraz wschodnią część Doliny Peczory. Jest
największym parkiem narodowym w Europie i piątym
pod względem wielkości obszarem chronionym na
świecie.
Podróż
Na Ural dostać się niełatwo, a główną
przeszkodę stanowią odległości i czas. Z Moskwy
do Workuty pociąg pokonuje ponad 3000 km w ciągu
blisko 40 godzin, a podróż koleją z St.
Petersburga trwa nawet ponad dwie doby. Workutę
ze stolicą Rosji łączy wprawdzie linia lotnicza,
ale zmienia ona ciągle właściciela, a samoloty
pamiętają znacznie lepsze lata 60-te i 70-te.
Zresztą jazda koleją ma swój niepowtarzalny
klimat. Zaraz za 1000-letnim miasteczkiem
Wołogda za oknem pociągu pojawiają się
przepastne lasy przechodzące w najlepiej
zachowaną, północnoeuropejską tajgę. Niektóre
wioski rozrzucone na olbrzymim obszarze, ze
światem łączy jedynie linia kolejowa i nigdy nie
zakłócił ich ciszy odgłos silnika samochodu.
Ponadto pasażer rosyjskiego pociągu nie
pozostaje anonimowym podróżnym. Rozmowy przy
butelce najlepszej wódki, a czasem i samogonu,
przeciągają się do późna wraz z wydłużaniem
polarnego dnia.
Na przedpolu Uralu znajdują się bogate w
surowce mineralne miasta: Uchta, Peczora, Inta i
Workuta, a także Labytnangi po azjatyckiej
stronie gór. Węgla, ropy naftowej i gazu
ziemnego jest tutaj pod dostatkiem, a cały
transport odbywa się koleją, bo na wschód od
Peczory brak utwardzonych dróg. Cały ten obszar,
należący do Peczorskiego Zagłębia Węglowego,
zyskał na znaczeniu podczas II Wojny Światowej
jako najbliższe zaplecze zbliżającego się
frontu. Nic więc dziwnego, że w 1941 roku w
rekordowym czasie powstała Peczorska Magistrala
– jedna z najdłuższych linii kolejowych Europy.
Miastem-bazą do wyprawy w rejon Narodnej – góry
o wysokości 1984 m n.p.m. i najwyższej na całym
Uralu – jest Inta położona około 100 km na
południe od Koła Polarnego. Stąd zaczyna się
błotnista, pełna wybojów droga, prowadząca do
kopalni kwarcu Żiełania. Mogą nią przejechać
tylko olbrzymie terenowe „Urale” i pojazdy
gąsienicowe. Każdy na swój sposób i w zależności
od zasobności portfela pokonuje te mordercze 100
km. W ciągu krótkiego lata w góry dociera
zaledwie kilkuset turystów, jednak mieszkańcy
Inty potrafią zarabiać pieniądze na rodzącym się
przemyśle turystycznym. Dlatego kosztowny
transport w góry można zorganizować już w
miasteczku.. Ci, którym mało przygody, mogą
zaryzykować podróż „autostopem”, chociaż w ciągu
doby nie minie ich więcej niż trzy pojazdy. A
trzeba też liczyć się z kapryśną pogodą i z
nieznośnymi rojami owadów, których brzęczenie
może nadwerężyć i tak już nadwątloną psychikę.
W drodze w góry wykorzystałem wszystkie dostępne
środki transportu. Podróżowałem motocyklem,
ciężarówką na stercie węgla, a głęboki na ponad
metr bród na rzece Kożim pokonałem „Uralem”. Na
wyspie pośrodku rzeki zatrzymaliśmy się na
odpoczynek. Na przeciwnym brzegu pojawił się
konwój ciężarówek, których kierowcy umiejętnie
zaczęli pokonywać rwący nurt. Wymienili pomiędzy
sobą kilka zdań, przeklinając w powszechnie
znanych słowach drogę, a raczej jej brak.
Siergiej Iwanowicz – kierowca, z którym jechałem
– wiózł jedynie metalowe kanały potrzebne do
budowy mostu zerwanego ostatniej zimy, ale inni
mieli tuż za swoimi plecami ryzykowny ładunek
setek litrów ropy naftowej lub benzyny.
Zastanawiałem się, ilu kierowców nie dotarło do
celu zsuwając się we mgle z oślizłych kamieni.
Góry
Las, składający się ze świerków, jodeł, sosen
syberyjskich, modrzewi Sukaczowa i brzóz, w
bezpośrednim sąsiedztwie gór ustępuje miejsca
tundrze i otwiera się niczym nieograniczony
widok na morze szczytów najdłuższego, liczącego
2000 km łańcucha górskiego w Europie. Ural
został wypiętrzony około 200 milionów lat temu
podczas orogenezy hercyńskiej i pod względem
geologicznym jest bardzo starym pasmem. Długie i
płaskie grzbiety górskie, strome u podstawy,
łagodnieją w okolicach wierzchołków usypanych
prawie wyłącznie z piargów. Te rumowiska skalne
nazywane „kamiennymi morzami” powstały w skutek
silnego wietrzenia mrozowego. Nie brak tu
również elementów rzeźby alpejskiej: pionowych
ścian i skalnych grzbietów, zwłaszcza w
najwyższych partiach Uralu Subpolarnego. Typowym
tego przykładem jest symbol Parku Narodowego –
góra Manaraga o charakterystycznych pięciu
strzelistych wierzchołkach. Tak zróżnicowany
krajobraz jest spowodowany bardzo skomplikowaną
budową geologiczną Uralu. Występują tutaj skały
metamorficzne, wulkaniczne i osadowe, a ostatnie
ruchy górotwórcze trwały jeszcze w trzecio- i
czwartorzędzie wtedy, gdy powstawały nasze
Tatry.
Na terytorium Parku znajduje się 38 małych
lodowców o łącznej powierzchni 5,5 km2.
Największym z nich jest lodowiec Gofmana
zlokalizowany poniżej grzbietu Sablja
Polodowcowe kotły wypełniają jeziora o
głębokości niejednokrotnie przekraczającej 15 m.
Rzeki rozlewają się na całą szerokość
wielokilometrowych dolin, tworząc również
malownicze jeziora. Doliczono się 800 takich
jezior, z których największymi są Torgowoje,
Bałbanty i Okuniewyje.
Droga przewinęła się właśnie w jedną z takich
dolin pracowicie wyrzeźbioną przez rzekę
Bałbanju. Po zrzuceniu ładunku dotarliśmy na
brzeg Jeziora Bałbanty. Po przeciwnej stronie
jeziora ponad domkami górników wznosi się góra
Barkowa, której stok naznaczony jest białymi jak
śnieg usypiskami kwarcu. Usypiska znajdują się u
wylotów licznych szybów kopalnianych połączonych
na powierzchni karkołomną drogą. Transport
wydobytego kwarcu jedzie konwojem szlakiem,
który właśnie przebyłem, a potem koleją aż do
Czelabińska, gdzie poddawany jest ostatecznej
obróbce. Po przeciwnej stronie doliny w kotle
polodowcowym w grzbiecie Małdynyrd odkryto
niedawno bogate złoża złota. Jeśli do tego
doliczyć występujące tutaj obficie kamienie
szlachetne, to być może kopalnia Żiełania
przekształci się wkrótce w duży ośrodek
wydobywczy, zagrażający swoim istnieniem
pierwotnej przyrodzie doliny Bałbanju.
Na razie jednak w głębi doliny króluje dziewicza
tundra. Tutejszą roślinność ukształtował w dużej
mierze umiarkowanie kontynentalny klimat z
ostrymi zimami i grubą pokrywą śnieżną,
zalegającą do późnej wiosny oraz gorącymi latami
z dużą ilością opadów deszczu. Naukowcy
oznaczyli 47 gatunków roślin charakterystycznych
tylko dla tego obszaru. Wiele endemicznych
roślin przybyło na Ural z Syberii i Ameryki
Północnej. Sześć z nich jest tak rzadkich, że
zostało wpisanych na listę ginących gatunków w
Międzynarodowej Czerwonej Księdze.
Szlak w góry pokonywałem z rosnącym trudem.
Początkowo utwardzona droga skończyła się
gwałtownie nie pozostawiając po sobie śladu
nawet w postaci ścieżki. Przedzierałem się przez
tundrę wśród zarośli karłowatej brzozy i
wierzby, przez wszechobecne tutaj torfowiska lub
po miękkim kobiercu bajecznie kolorowych
porostów i mchów. Musiałem przekroczyć w bród
Bałbanju, aby dostać się do osady hodowców
reniferów, ludzi o nieco egzotycznych,
wschodnich rysach, wywodzących swoje pochodzenie
od miejscowej ludności Komi. Lud Komi, żyjący
wyłącznie w dorzeczu Peczory, liczy obecnie
około 336 tysięcy osób. Na obszarach północnego
Uralu mieszkają również Neńcy, zwani w carskiej
Rosji Samojedami, których liczba nie przekracza
34 tysięcy ludzi. Wszystkie ludy rozproszone na
rozległych obszarach strefy tundrowej i
północnej tajgi określa się łączną nazwą narodów
Północy
Tutejsze stado reniferów, składające się z ponad
200 sztuk zwierząt, pasło się w pobliżu wioski.
Renifery są tak powszechne na Uralu, że
wykorzystuje się je niemal do wszystkiego.
Dostarczają mięsa, mleka, skór, a nawet poroża i
kości do wyrobu narzędzi. Jako zwierzęta
pociągowe zaprzęgane są do sań, które z równą
łatwością poruszają się po grzęzawiskach, jak i
po śniegu. Ural stanowi również ostoję dzikiej
zwierzyny. Jest to jeden z nielicznych na
świecie obszarów, gdzie przyroda rządzi się
własnymi prawami i nie wymaga do przetrwania
ingerencji człowieka. W lasach żyją wilki,
niedźwiedzie brunatne, rysie, sobole rosyjskie,
rosomaki oraz unikalne kidusy – hybrydy sobola i
kuny. Ptaki są reprezentowane przez głuszce,
jarząbki, cietrzewie, pardwy śnieżne i tundrowe
oraz zagrożone wyginięciem drapieżne sokoły
arktyczne, sowy śnieżne i orły złote. Wiele
gatunków owadów nie doczekało się do dzisiaj
szczegółowego opisu.
Górne piętro doliny Bałbanju zamykają potężne
dwa szczyty: Narodna i druga pod względem
wysokości na Uralu Góra Karpińskiego. Pomimo
bardzo dobrej widoczności miałem wątpliwości,
jak dotrzeć w ich sąsiedztwo. Dokładne mapy
Uralu praktycznie nie istnieją i tylko
internetowe opisy wejść na najważniejsze szczyty
dostarczają skromnych informacji. W wyższych
partiach nie ma również ścieżek i trzeba
poruszać się na wyczucie po rozległych
piarżyskach i dnach dolin.
Dlatego z wielką radością powitałem czwórkę
rosyjskich turystów zmierzających na Narodną i
Manaragę. Nieśli straszliwie ciężkie plecaki, do
których jakimś sposobem wcisnęli cały ekwipunek
niezbędny do przepłynięcia rzeki Manaragi.
Wydawało się, że ani przygniatający ich ciężar,
ani niewygodne kalosze na nogach nie utrudniają
im marszu i balansowania na olbrzymich głazach
zaścielających polodowcowy kocioł. Rozbiliśmy
obóz na brzegu jeziora i jeszcze tego samego
dnia postanowiliśmy wejść na szczyt. W lipcu noc
nie różni się niczym od dnia, a słońce zachodzi
zaledwie na trzy godziny, co umożliwia wędrówkę
o każdej porze. Nie doceniliśmy jednak
rozległości Uralu i o wschodzie słońca byliśmy
dopiero 400 m od szczytu i 400 m od umownej
granicy Europy i Azji. W dole w cieniu chowały
się bliźniacze jeziora nazywane popularnie
„Wosmjorka”. Szczyty wokoło przyjęły już
intensywnie różowy kolor, gdy podjąłem decyzję o
odwrocie. Lena, Jan, Andriej i Żienia po 20
godzinach marszu z ulgą przyjęli tę propozycję.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem, przy
przechodnim kubku rozgrzewającej herbaty,
umówiliśmy się za rok na Kaukazie, co
ostatecznie rozwiało mój niedosyt spowodowany
rezygnacją ze szczytu. Ważniejsza dla mnie była
ta noc spędzona w ich towarzystwie pod Narodną.
Znowu schodziłem samotnie nocą, zatrzymując
się na krótką drzemkę wśród piargów. Rano byłem
z powrotem w Żiełaniu. Początkowe wrażenie
zaniedbania, które odniosłem już w Incie, a
potem obserwując pierwsze zabudowania górniczej
osady, pełnej zniszczonych, stalowych instalacji
o nieznanym przeznaczeniu, nie znalazły
potwierdzenia. Spodziewałem się zobaczyć
pogodzonych z losem, zmęczonych ludzi, tymczasem
wśród górników panowała przyjazna, nawet
momentami wesoła atmosfera bez śladu piętna
fatalizmu, a cały kombinat zdawał się być
zarządzany w sposób dość nowoczesny. Być może
wynikało to z niezwykłego charakteru i
odporności tutejszych ludzi.
- Tylko dobrzy ludzie żyją na Północy – z takim
zdaniem zetknąłem się niejednokrotnie i już
wkrótce miałem sam przekonać się o
autentyczności tego stwierdzenia.
Park
Park Narodowy Yugyd va powstał na mocy
ustawy rządu Federacji Rosyjskiej 24 kwietnia
1994 roku. W grudniu 1995 roku Park wraz z
przylegającym do niego Rezerwatem Peczoro –
Iłyczeskim został wpisany na Listę Światowego
Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO
i zyskał nową nazwę: „Dziewicze lasy Komi”.
Borealne lasy stanowią jednak tylko 51%
powierzchni Parku. 42% stanowi bowiem górska
tundra, 5% bagna i mokradła i aż 1% powierzchnie
na stałe zalane wodą. W Parku znajduje się
prawie 100 rezerwatów przyrody: 23 geologiczne,
1 ornitologiczny, 3 ichtiologiczne, 2
florystyczne i 66 archeologicznych pomników
przyrody – miejsc dawnego osadnictwa.
Nie poznałbym szczegółów dotyczących Parku,
gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności. Po 6
godzinach oczekiwania na transport do Inty
spotkałem grupę pracowników Parku i dziennikarzy
realizujących program dla lokalnej telewizji,
działającej w stolicy republiki – Syktywkarze.
Drogę powrotną odbyłem w ich towarzystwie,
doceniając zalety słynnej rosyjskiej
gościnności.
Wieczorem znaleźliśmy się w miejscu, w
którym Bałbanju łączy się z rzeką Kożim. Obie
niosą olbrzymie ilości wody i rozlewają się na
szerokość przekraczającą nawet 100 m, ale nie
należą wcale do największych rzek na Uralu.
Potężna Peczora uchodząca do Morza Barentsa
bierze swój początek z mających źródła w górach
dopływów: Iłycz, Podczierem, Szugor, Wielka
Synja i Kosju. Szugor i Kosju tworzą malownicze
przełomy, przeciskając się przez góry
wodospadami i seriami skalnych progów.
Miejsca połączenia rzek stanowiły od tysiącleci
centra osadnictwa i pierwotnego, animistycznego
kultu. Można tu znaleźć ślady bytności ludzi z
plemion Komi, Ostiaków i Mansi. Szczególną czcią
otaczane były „kamienne baby” nazywane też
„ruinami zamków” – ostańce skalne wymyte przez
rzekę i sterczące samotnie na wysokość
kilkunastu metrów ponad dno doliny. Skały u
ujścia Bałbanju były również świadkami
nowożytnego osadnictwa. Ural jeszcze nie tak
dawno dotknięty był „gorączką złota”, choć w tym
przypadku cały proceder zorganizowany został
formalnie przez państwo. Na przestrzeni kilku
hektarów rozciąga się pozbawiony lasu kamienisty
plac, na którym kilkanaście lat temu stały domy
poszukiwaczy złota. Kruszec był płukany z nurtu
rzeki i wywożony w głąb Rosji. Jeszcze dzisiaj
nietrudno znaleźć złoty piasek na brzegu Kożim.
- Złoto – powiedział Władimir Iwanowicz, leśniczy w
Kasju pokazując nam na palcu drobinę żółtego
metalu. A Tatiana Fomiczjowa – dyrektor Parku
Narodowego dodała:
- To było przekleństwo dla tutejszej przyrody. Las
wycięty, woda brudna, sterty śmieci i plątanina
dróg nad rzekami. Teraz, jeśli płukanie złota
nie wróci w nasze góry, wszystko się unormuje.
Przemknęła mi przez głowę myśl – co stało
się z ludźmi, którzy żyli z pracy na Uralu, ale
nie miałem czasu zastanawiać się nad tym
problemem, bo już na prowizorycznym stole stała
gotowa sałatka zrobiona w dużej mierze z
rosnących w pobliżu roślin. Schłodzona w nurcie
rzeki wódka znalazła się w szklankach. Wódka
była niezbędna, żeby rozgrzać się przed
czekającym nas długim spływem pontonami. Rwący
nurt rzeki i wystające miejscami głazy nie
przeszkadzały miejscowym w łowieniu ryb. W
tutejszych wodach żyje niezliczona różnorodność
gatunków, a do najbardziej znanych należy łosoś,
pstrąg i tajmień.
Po kilku godzinach spływu na brzegu zobaczyliśmy
starego „Urala” i leśnicy postanowili sprawdzić
legalność pobytu turystów. Od dwóch lat
obowiązują w Parku Narodowym specjalne, płatne
zezwolenia na wjazd i pobyt.
- Zezwolenia to praktycznie najważniejsze źródło
utrzymania Parku – powiedziała Tatiana
Fomiczjowa. - Czasami kasę zasilają jeszcze
grupy turystów, dla których organizuje się
spływy rzekami, ale to rzadkość. A pieniędzy z
funduszy UNESCO nie widać. Może giną gdzieś po
drodze, najpewniej w Moskwie. Problemem są
odległości. Wiele miejsc w górach nigdy nie
dotknęła ludzka stopa. Mam 50 pracowników na 2
mln hektarów, a dyrekcja parku jest w
miejscowości Wuktył, kilkaset kilometrów stąd.
Brakuje nawet na tak ważne rzeczy jak
przekopanie kanałów przeciwpożarowych, a co
dopiero na przygotowanie ścieżek i bazy dla
turystów
Młodzi ludzie, w większości uczniowie
szkoły leśnej, wjechali do Parku zgodnie z
przepisami. Podjęli nas jak przystało na Rosjan
niesamowicie mocnym samogonem, ogórkami i
boczkiem. Po krótkiej rozgrzewce przy ognisku
wyruszyliśmy do maleńkiej wioski Orlinyj
stworzonej na miejscu dawnej osady poszukiwaczy
złota. Powstało tutaj kilka nowych domów
sfinansowanych z funduszy Parku. Można w nich
zatrzymać się w trakcie spływu, zakosztować
rosyjskiej łaźni, czyli banii i rosyjskiej
kuchni. Bania dla prawdziwego Rosjanina z
Północy jest nieodzowna każdego dnia, a historie
o kąpieli w śniegu w trzaskającym mrozie zaraz
po wygrzaniu się w łaźni wcale nie są
przesadzone. Miałem też okazję spróbować
wybornej zupy rybnej – uchy, zrobionej ze świeżo
złapanych w Kożimie ryb.
W Orlinyj znajduje się zaskakująco
nowoczesna linia produkcyjna wody mineralnej
Tyłaszor, czyli Chłodny Ruczaj.
- Może niedługo nauczymy się współżyć z przyrodą, tak
jak w przypadku tego źródła – stwierdziła
Tatiana Fomiczjowa. – I zastąpimy wszystkie
poligony złota bazami dla turystów. Ten film ma
zachęcić ludzi do przyjazdu w nasze okolice.
- A my zorganizujemy im spływ pontonami, łowienie
ryb, zaprowadzimy w góry, nawet helikopterem
przewieziemy z Workuty – dodał Jurji
Anatoliewicz Kisjeljow, leśniczy w Kożimie.
Chciałbym podzielać ich zapał. Pani
dyrektor zdaje sobie oczywiście sprawę z tego,
że magnesem przyciągającym ludzi w góry jest
dzika przyroda Uralu, ale wydaje mi się, że nie
do końca rozumie, jakie konsekwencje może
spowodować masowy ruch turystyczny, który
zresztą w obecnej rzeczywistości wydaje
całkowicie nierealny. Tę garstkę zapaleńców ze
Środkowej Europy, Ural oczarowuje właśnie
brakiem jakiejkolwiek infrastruktury i
koniecznością radzenia sobie w górach jak przed
laty. Ja oczywiście chciałbym, żeby Ural
pozostał na zawsze enklawą takiej właśnie,
niezagrożonej komercjalizacją turystyki, ale kto
wie, czy napływ turystów – oprócz miejsc pracy
dla tutejszych ludzi – nie dostarczy również
funduszy niezbędnych dla ochrony tego
najdzikszego skrawka europejskiej przyrody.
Tymczasem pod „kamienną babą” u ujścia
Bałbanju leży moja rublówka. Tatiana Fomiczjowa
zostawiła tam pieniądze na szczęście; ja chyba
po to, żeby wracać, niekoniecznie na Ural, ale w
góry.
|